Jak widać, wybitni polscy pisarze i ich dzieła z jednej strony są naszą chlubą, ale i naszym przekleństwem. Co pokolenie zawarte w tych dziełach przesłania odżywają w nowej formie.
 
Wczoraj obejrzałem po raz kolejny   „Przebudzenie” Joanny Lichockiej. Nie przestaje mnie w tym filmie fascynować zwłaszcza osoba Wojciecha Wencla. Bo to, że w sprawie katastrofy smoleńskiej pojawiają się wprost analogie do mickiewiczowskich „Dziadów” to oczywiste.  Sam Wencel mówi przecież, że krakowskie przedmieście jest tą szczeliną przez, którą na zewnątrz wypływa, gorąca, patriotyczna lawa polskości .  
 
Pomyślałem sobie jednak, że w filmie tym prześladuje nas jeszcze jedno literackie odniesienie. Odniesienie do słynnej chłopomanii Stanisława Wyspiańskiego, tak znakomicie odmalowanej w „Weselu”. Jak wiadomo to właśnie z tego dzieła wynosimy przekonanie, że ówczesna inteligencja uważała chłopów za tą warstwę społeczną, która przechowuje najistotniejsze polskie wartości. Że to z tej warstwy wyjdzie narodowe przebudzenie.
 
Tak samo jest i z bohaterami filmu Lichockiej, a szerzej z całą tą częścią Polaków, która jest dotknięta smoleńskim syndromem. Jest to mianowicie przekonanie, że całość polskich spraw zamyka się wyłącznie do zbadania wypadku lotniczego.  Że ten wypadek nie tylko jest istotny dla naszej teraźniejszości. Jest też pewnym mitem założycielskim przyszłej Polski.
 
Jak widać, wybitni polscy pisarze i ich dzieła z jednej strony są naszą chlubą, ale i naszym przekleństwem. Co pokolenie zawarte w tych dziełach przesłania odżywają w nowej formie. Dziś w formie smoleńskiego mitu. Pewnej literackiej hybrydy. Smoleńskiej, romantycznej chłopomanii.
 

www.facebook.com/flibicki